Autor: Piotr Antczak

 

Właściwie artykuł ten powinienem wrzucić dopiero po meczu Górnik – Cracovia, ale podsycę trochę apetyty kibiców i zrobię to wcześniej.

Ostatni raz Górnik sięgnął po tytuł mistrzowski blisko 30 lat temu, w roku 1988. Były to kończące się czasy komunizmu w Polsce, a Górnik przeżywał ostatni rok swojej świetności. W owym czasie jako nastoletni chłopcy żartowaliśmy sobie, że marzeniem każdej drużyny przed sezonem w pierwszej lidze było zajęcie drugiego miejsca 😉 To był drugi, po latach 70, najlepszy okres w historii Wielkiego Górnika – cztery mistrzostwa z rzędu, poczynając od roku 85. W Górniku chcieli grać wszyscy, a reprezentacja na mundialu w Meksyku (1986) miała w swoich szeregach aż 6 graczy z tego klubu.

W nowej Polsce Górnik niestety nie potrafi odnaleźć się po dziś dzień, a największym sukcesem było zajęcie 3 miejsca (za Legią i GKS-em Katowice) w sławetnym już sezonie 93/94. To wtedy zespół z Zabrza był najbliżej mistrzostwa. Mówi się, że Górnik został okradziony z tytułu, ale zdania są tu oczywiście podzielone, nawet wśród kibiców Górnika.


Maxima – Sport   kliknij i sprawdź!

Działy się wtedy różne ciekawe rzeczy. Na przykład podczas meczu w Katowicach, przy stanie 1:0 dla Górnika, w 71 minucie gasną światła, mecz zostaje powtórzony, ale pada już tylko remis. Dlaczego nie dograli brakujących minut, tylko powtórzyli cały mecz? Zresztą cała runda wiosenna była bardzo dziwna. Ale od początku.

Do rozgrywek Legia przystępuje z 3 punktami ujemnymi za hocki klocki z poprzedniego sezonu, co przy systemie 2 punkty za zwycięstwo jest już jakimś osłabieniem. Patrząc na rywalizację Górnika z Legią, to przez większą część rundy jesiennej zabrzanie mają ciągle bezpieczną przewagę nad Legią i jest to średnio 4 punkty po każdej kolejce, by na zakończenie rundy jeszcze ją powiększyć – Górnik wygrywa w Zabrzu z Legią 2:1 i drużyna może sobie jechać na narty z 6-punktową przewagą! Niestety wiosną dzieją się rzeczy straszne. Górnik trwoni przewagę; zaczynają się remisy z ligowymi średniakami i zaskakujące porażki na własnym boisku. Legia natomiast, co było do przewidzenia, wygrywa mecz za meczem i przed ostatnią kolejką z –6 zrobiła sobie +2 w stosunku do Górnika. Żeby zdobyć mistrza trzeba było dokonać cudu – wygrać przy Łazienkowskiej w ostatniej kolejce, zrównać się z Legią punktami, co przy meczach bezpośrednich dawało tytuł Mistrza Polski! Doświadczeni i znający się na realiach polskiego „piłkarskiego pokera” kibice w to nie wierzyli, ponieważ (i to wielu z nas zobaczyło na własne oczy) na Legii wtedy wygrać nie mogliśmy, choć po 45 minutach byliśmy mistrzami po bramce młodziutkiego Szemońskiego. To co się stało widzieliśmy – sędzia Redziński prowadził swój ostatni mecz w karierze, a zatem mógł sobie pozwolić na „błędy”. Byliśmy kartkowani, a mecz kończyliśmy w ósemkę. Legii wystarczał remis, który ostatecznie padł po bramce Fedoruka. Osłabiony Górnik po prostu nie mógł tego wyniku dowieść do końca. O ile, przy spokojnej analizie, można było jakoś wybronić Redzińskiego z kartek, bo wtedy rzeczywiście Górnik grał bardzo ostro, poza tym „fachowcy” w telewizji interpretują sytuacje boiskowe bardzo „swobodnie”, to z tego, co stało się na koniec meczu wytłumaczyć sędziego nie można. Pod koniec spotkania arbiter odgwizdał spalonego, ale kibice Legii pomylili to z ostatnim gwizdkiem i wbiegli na murawę, by zacząć świętowanie. Gdy zobaczył to Redziński, szybko odgwizdał koniec meczu i uciekł do szatni. W tej sytuacji doszło do „wałku”, ponieważ gra powinna zostać wznowiona rzutem wolnym pośrednim. Nie zapomnę przerażenia w oczach Pawła Janasa, trenera Legii, którego w tym momencie objęła kamera i drżącym głosem szeptał pod nosem: „Panowie to jeszcze nie koniec”. Mecz nie zakończył się tak, jak powinien się przepisowo zakończyć, ale sprawie ukręcono łeb.

Ostatnia kolejka doprowadziła wielu kibiców do palpitacji serca, ale trzeba to uczciwie przyznać, i takie jest też moje zdanie, że Górnik przegrał tytuł całą rundą wiosenną, a nie tylko meczem w Warszawie, gdzie wygrać nie mógł.

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ ten sezon jest bardzo podobny do tamtego. Górnik ma dziś wielką szansę zejść z boiska jako lider i ze spokojem spędzić święta. Przewagi jak w 93 roku nie będzie, ale są jeszcze inne podobieństwa. Najbardziej wyrazistym jest zestawienie par ćwierćfinału Pucharu Polski – Górnik ponownie zmierzy się z Legią, jak przed dwudziestu kilku laty. Niestety wtedy odpadliśmy po wysokiej porażce w Warszawie 2:5 i remisie 2:2 w Zabrzu, a zespół z Warszawy później zdobył Puchar Polski. Wierzymy, że tym razem będzie inaczej. Zapowiada się więc bardzo ciekawa wiosna, bo o ile na początku sezonu byliśmy rewelacją rozgrywek, a postawę zabrzan traktowano jako chwilową, to obecnie już chyba nikt nie wątpi, że ten zespół prezentuje w miarę równą formę i stać go na tytuł. Największa trudność będzie jednak polegała na utrzymaniu znakomitej atmosfery w zespole, której za pewne zabrakło na wiosnę roku 94 – jak inaczej wytłumaczyć regularne tracenie punktów przy tak znakomitych zawodnikach jak Mielcarski, Brzęczek, Wałdoch czy Bałuszyński?

Sytuacja dzisiejszego Górnika jest jednak nieco inna niż w latach 90tych. Można powiedzieć, że jest pokłosiem hazardowej polityki finansowej tamtych czasów. Obecnie problemy mają trochę inną naturę. Górnik nie jest zbieraniną pierwszoligowych grajków z kontraktami na poziomie kilku tysięcy złotych, jak jeszcze rok temu. Zawodnicy znają swoją wartość, która mocno podskoczyła, mają swoich menadżerów i nie będzie odnawiania kontraktów na starych warunkach. Z nieoficjalnych kanałów można dowiedzieć się, że zawodnicy nie chcą podpisywać nowych kontraktów. Klub jest między młotem swoich możliwości finansowych, a kowadłem coraz większych oczekiwań zawodników. Trudno się dziwić, skoro kontrakty grających regularnie piłkarzy są kilkukrotnie, a w niektórych przypadkach nawet kilkunastokrotnie niższe od najlepiej zarabiających zawodników w lidze. To będzie bardzo trudna zima i jeśli nie chcemy, by to skończyło się jak w roku 94, po którym było już tylko gorzej, musi dojść do jakiegoś kompromisu. Zawodnicy, a szczególnie nastawieni na zysk menadżerowie muszą zrozumieć sytuację dzisiejszego Górnika i nie mogą przesadzać z żądaniami, a klub powinien docenić trud włożony przez zawodników i rozsądnie podejść do rozmów o kontraktach. Obie strony muszą ustąpić.

Ja tylko mam nadzieję, że znajdzie się w klubie człowiek, być może trener Brosz, który skutecznie wytłumaczy tym młodym chłopakom, że mają niesamowitą szansę osiągnięcia wielkiego sportowego sukcesu, który przecież dodatkowo podbije ich cenę. Wymaga to jednak odrobiny poświęcenia i zaciśnięcia pasa jeszcze przez chwilę. Zysk może jednak okazać się dużo wyższy niż obietnice różnych okołopiłkarskich hien, które nie kochają piłki tylko szybki zysk!