Autor: Piotr Antczak

 

Mimo iż szefowa MEN zapewniała, że w związku z reformą oświaty pracy nie straci żaden nauczyciel, to według szacunków ZNP pracę po reformie ma stracić ok. 6000 nauczycieli. Kluczowe może być tu wyrażenie: w związku z reformą, ponieważ nauczyciele od lat tracą pracę z powodu niżu demograficznego. Trudno zatem określić, który z tych czynników będzie miał decydujący wpływ. My oczywiście nie będziemy szczegółowo analizować z jakich powodów nauczyciele tracą pracę, a po prostu zapytaliśmy jak wygląda aktualna sytuacja nauczycieli w naszym mieście. Odpowiedzi udzieliła nam szefowa Związku Nauczycielstwa Polskiego w Zabrzu, pani Jolanta Jaskółka.

– Jakie są ogólne wnioski po wdrożeniu reformy w kontekście ruchu kadrowego?

– Na ten moment pracę straciła część nauczycieli z umowami na czas określony. Inni cały etat będą musieli dopełniać w innych placówkach, jeszcze inni rozważają odejście na emeryturę, bo od 1 października znów wcześniej można ubiegać się o świadczenie. Coś więcej będzie można powiedzieć na przełomie sierpnia i września, bo rzeczywisty ruch kadrowy ciągle trwa.

– Czy są jakieś istotne różnice w ruchu kadrowym w odniesieniu do poprzednich lat?

– Na razie tego nie widać. Od lat obserwujemy pewną stałą tendencję w zwolnieniach oraz zmiany warunków pracy i płacy nauczycieli, czyli np. łączenie etatu w kilku szkołach albo praca w niepełnym wymiarze godzin. Możliwe, że skutki zmiany systemu poczujemy w Zabrzu, gdy reforma zawita w polskiej szkole na dobre. W tym momencie większych problemów nie ma, m.in. dzięki dobrej współpracy pomiędzy dyrektorami, związkami i urzędem miasta.

– Powiedziała Pani, że być może skutki reformy odczujemy w przyszłości. Może to Pani rozwinąć?

– Spodziewamy się, że największy problem czeka nas za dwa lata, gdy całkowicie wygasną gimnazja. Na przykład część gimnazjów działa w zespołach szkół, więc gdy wygasną, siłą rzeczy zmniejszy się zapotrzebowanie kadrowe. Oczywiście nie wszystkie wygasną, bo niektóre zostaną przekształcone w szkoły podstawowe, ale to i tak stwarza pewne problemy – będą to szkoły zupełnie nowe, w ogóle nie kojarzone przez rodziców. Placówki te mogą mieć kłopot z naborem i będą musiały wykonać sporo pracy, by zachęcić rodziców do przyprowadzenia dzieci. Zmienia się siatka godzin, co również jest nie zawsze korzystne, szczególnie dla nauczycieli „przedmiotowców”. W nowo powstałych szkołach podstawowych trzeba będzie poczekać, aż uczniowie zakończą I etap edukacji, a i na tym poziomie otwieranych jest mniej oddziałów klas pierwszych niż do tej pory. Niestety w szkolnictwie jest tak,
że liczba etatów nie jest zależna tylko od ilości pracy, ale również od liczby uczniów w oddziałach.

Rozmawiał: Piotr Antczak